Cofamy się

Drukuj

Trudno w dwóch słowach opisać skomplikowaną rzeczywistość, ale redaktor Grzegorzowi Cydejce to się udało. Jego słowa „cofamy się”, na określenie programu PiS, idealnie w mojej opinii opisują obraz, jaki wyłania się po kilku tygodniach rządzenia. Oto pięć przykładów, którym chciałbym zilustrować ten proces „cofania”, w jaki wpychany jest nasz kraj.

Po pierwsze, cofamy proces budowy instytucji demokratycznego państwa prawa. Jakiś czas temu z dumą ogłosiliśmy koniec transformacji w Polsce, a porażka wyborcza SLD była przez wielu nazywana „końcem postkomunizmu”. Niestety, rządy PiS to bolesne przypomnienie, że postkomunizm się w Polsce wcale nie skończył, a instytucje demokratyczne są w naszym państwie jeszcze słabo zakorzenione. Symboliczną ilustracją tego jest dawny komunistyczny prokurator, który w imieniu partii rządzącej, tłumaczy, że najwyższym organem władzy państwowej jest wybierany przez naród Sejm. Tak jak byśmy się cofnęli do PRL-u, w którym art. 15 konstytucji z 1952 roku, dokładnie o tym właśnie mówił, gdyż trójpodział władz nie był zgodny z socjalistyczną wizją państwa. Zauważmy też, że awantura wokół Trybunału Konstytucyjnego nie powinna być li tylko sprowadzana do politycznego sporu o obsadzenie sędziowskich foteli. To próba podważenia porządku ustrojowego naszego kraju, który wyraźnie rozdziela kompetencje władz i zakłada, że wszystkie spory są rozstrzygane wyrokami sądowymi. Jeśli władza wykonawcza nie respektuje wyroków sądowych, to prowadzi to albo do anarchii, albo do despotii. Tertium non datur.

Po drugie, pierwsze tygodnie rządów to bezpardonowe łamanie reguł dobrej legislacji. Od lat w Polsce narzekamy na kiepską jakość prawa, które często jest pisane na kolanie. Niemniej jednak w ostatniej dekadzie, mniej więcej od wejścia do UE, mogliśmy obserwować powolną poprawę sposobu powstawania prawa. Coraz więcej ustaw było przedmiotem debaty publicznej, rozmaite grupy interesu mogły się do proponowanych regulacji odnieść, propozycje zmian były lepiej uzasadniane przez władze. Oczywiście daleko nam jeszcze było do sytuacji, w której merytoryczna dyskusja publiczna nad projektami legislacyjnymi została uznana normą ustrojową, ale postęp był widoczny. Tymczasem pisowska praktyka „nocnych sejmów”, przepychanie w ekspresowym tempie przepisów, których nawet nie opiniuje Biuro legislacyjne Sejmu, a posłowie opozycji nie mają okazji ich przeczytać przed głosowaniem, to są działania cofające nas o całą epokę. Nie mam wątpliwości, że będzie to trwała tendencja, gdyż mamy już kolejne decyzje polityczne np. likwidacja gimnazjów, prezentowane opinii publicznej bez najskromniejszego merytorycznego uzasadnienia, opartego na badaniach i analizie alternatywnych opcji. Protestującym zamykane są usta stwierdzeniami w stylu: „czemu nagle bronicie gimnazjów?”. A przecież to nie o gimnazja chodzi, tylko o sposób podejmowania decyzji politycznych, który powinny być oparte na rzetelnych analizach, a nie widzimisię rządzących.

Po trzecie, w polityce gospodarczej wracamy do starych błędów. Od razu po objęciu władzy „okazało się”, że w budżecie nie ma jednak pieniędzy na realizację obietnic wyborczych PiS. Zaczęło się więc gorączkowe szukanie środków, żeby od kwietnia przyszłego roku mógł wejść w życie sztandarowy program pięciuset złotych na dziecko. Wykonano cięcia niektórych wydatków, w obszarach takich jak np. obrona narodowa (ponad 200 milionów złotych zostało przekazane z budżetu MON na… zakup węgla zalegającego na hałdach, co jest skandaliczne w kontekście obietnic traktowania obronności jako priorytetu). Oczywiście jednak głównie sięgnięto po to, co najprostsze, czyli po pożyczki. Przy okazji rozmontowano regułę wydatkową, czyli wprowadzony przez rząd PO-PSL mechanizm zabezpieczający kraj przed nadmiernym wzrostem wydatków. Zrezygnowano też z bardzo rozsądnego planu stopniowego zmniejszania dziury w budżecie państwa, która w 2017 roku miała wynieść już tylko około 1%. To był sensowny plan, bo jak mówi abecadło ekonomii w okresie relatywnie dobrej koniunktury gospodarczej należy zmniejszać zadłużenie tak, aby w czasie kryzysu mieć większe możliwości pożyczania. To był też plan, który pozwolił wyjść Polsce z unijnej „procedury nadmiernego deficytu”, która ma za zadanie dyscyplinować kraje członkowskie i skłaniać je do odpowiedzialnej polityki fiskalnej. Niestety wszystko wskazuje na to, że marzenia o przerwaniu spirali zadłużania się i trwałym uzdrowieniu finansów publicznych trzeba odłożyć na później. Nie zrobiła tego PO, nie zrobi tego też PiS. Pierwsze decyzje rządu zabierają wszelką nadzieję w tym względzie.

Po czwarte, rządy PiS oznaczają również próbę zatrzymania przemian społecznych, jakie dokonały się w Polsce w ostatnich latach. Dla mnie ich widomym znakiem był wzrost tolerancji i szacunku dla praw mniejszości objawiający się np. obecnością w życiu publicznym osób takich jak Anna Grodzka. Teraz słyszymy od ministra nauki, że nie będzie finansowania „studiów gejowskich czy lesbijskich”. Nowy minister kultury natomiast próbuje wstrzymać przedstawienie teatralne, na podstawie doniesień o rzekomej „twardej pornografii” w nim zawartej. Dodatkowo minister zdrowia z przyczyn ideologicznych cofa finansowanie dla zabiegów in vitro, które dla wielu osób są ostatnią nadzieją na posiadanie dziecka.  Co z tego można wnioskować? W najlepszym razie wstrzymanie rządowego finansowania dla tych inicjatyw i instytucji, które wychodzą w swoich działaniach poza ministerialne normy. Takie podejście do nauki i kultury też już zresztą przerabialiśmy. W systemie nazywanym „słusznie minionym”.

Po piąte, widzimy wyraźne symptomy spadku pozycja Polski w świecie. W pierwszych tygodniach urzędowania rząd zanotował wizerunkową katastrofę. Przez zachodnie media przetacza się prawdziwy huragan negatywnych opinii o działaniach nowego rządu i prezydenta Dudy. „Czepiają się” niefortunnych wypowiedzi ministra Waszczykowskiego, awantury wokół Trybunału Konstytucyjnego i wielu innych rzeczy – najbarwniejsze cytaty można poczytać np. w Newsweeku. Sympatycy PiS wzruszają na to ramionami, dodając, że przejmowanie się takimi opiniami jest objawem kompleksów. Mylą się jednak bardzo, bo wizerunek państwa w opiniotwórczych mediach zagranicznych ma znaczenie kluczowe, na przykład dla inwestorów. Przecież właśnie z mediów czerpią oni swoją wiedzę o danym kraju i wstępnie go „szufladkują”, co jest ważnym elementem decyzji inwestycyjnych. Na razie wszystko wskazuje na to, że wypadamy z szufladki „kraj stabilny, demokratyczny i praworządny” i wrzucają nas do pojemnika z napisem „kraje demokracji nieliberalnych, charakteryzujące się wysokim ryzykiem politycznym”. W mojej ocenie kluczowy będzie tu finał sprawy Trybunału Konstytucyjnego. Jeśli faktycznie prezydent zignoruje wyroki sądu konstytucyjnego, to dla świata będzie to sygnał, że prawo w Polsce nie działa. To oznacza, że ryzyko inwestowania w Polsce gwałtownie wzrośnie. Pierwsze symptomy widać zresztą na warszawskiej giełdzie, która notuje gigantyczne spadki – największe wśród wszystkich giełd w regionie. Nie ustalimy za jaką część spadków odpowiadają alarmistyczne publikacje w mediach, ale z pewnością nie pomagają. W dłuższej perspektywie sprawa jest jednak jasna – zły wizerunek Polski będzie dla nas niezwykle kosztowny nie tylko finansowo, ale też politycznie. Spadną możliwości forsowania naszych interesów na arenie międzynarodowej.

*  *  *

Sądząc po pierwszych tygodniach rządów, w których wydarzyło się jednak bardzo dużo, możemy więc zapomnieć o tym, że „dobra zmiana” będzie oznaczała lepiej zarządzane, bogacące się i cieszące się międzynarodowym prestiżem państwo. Lepsze zarządzenie okazało się bowiem pełnym arogancji procesem konsolidacji władzy w rękach jednego człowieka. Bogacić się mamy kosztem zadłużenia i to rosnącego szybciej niż planowała Platforma Obywatelska, też mająca w tej kwestii sporo za uszami. Zamiast rosnącego międzynarodowego prestiżu mamy zaś bardzo przykre połajanki ze wszystkich stron. Ze znamiennym wyjątkiem Chińskiej Republiki Ludowej. Tam przyjmują nas z honorami, a chińskie media jako jedyne o nas nie kłamią. Jak wiadomo są one wzorem dziennikarskiej rzetelności. W przeciwieństwie do The Economist, czy CNN.

Czytaj również