Dlaczego krytykuję program 500+

Drukuj

Jako ojciec dwójki dzieci nie powinienem protestować – dostanę swoją dolę. Jako polityczny przeciwnik krytykującego program Adriana Zandberga i partii Razem też nie – przecież fundamentalnie nie zgadzam się z lewicowymi receptami na gospodarkę. Jednakże jako dziecko samotnie wychowywane przez matkę, muszę przyznać Zandbergowi rację, że pominięcie w programie samotnych rodziców jest olbrzymią niesprawiedliwością. Tak dużą, że dezawuuje w moich oczach ten program.

Adrian Zandberg ma rację ostro krytykując założenia programu Rodzina 500+. Przypomnijmy, że osławione 500 zł dostaną rodzice na drugie i kolejne dziecko niezależnie od dochodów. Wśród rodziców z jednym dzieckiem wsparte zostaną tylko te rodziny, w których dochód na głowę nie przekracza 800 zł. Co to oznacza? Ze wsparcia wyłączone są dzieci wychowywane przez samotnych rodziców, najczęściej matki, które zarabiają odrobinę powyżej najniższego wynagrodzenia. System jest dodatkowo tak pomyślany, że wystarczy, iż zarabiasz złotówkę za dużo i nie dostajesz już ani grosza. Zarabiasz złotówkę mniej, mieścisz się w limicie dochodowym, i możesz liczyć na pełną dopłatę. Zasady programu zupełnie więc ignorują dorobek polskiej polityki społecznej, w postaci wdrożonej przez rząd PO-PSL zasady „złotówka za złotówkę”, czyli płynnego przejścia przez próg dochodowy. To bardzo zdroworozsądkowa zasada mówiąca o tym, że świadczenie jest zmniejszane o tyle złotych, o ile przekroczony został prób dochodowy. Matka wychowująca syna, z dochodem na głowę 801 złotych miesięcznie, dostałaby 499 zł świadczenia, a ta z dochodem 900 zł dostałaby „na dziecko” 400 zł.

Ta zasada jest mądra z dwóch powodów. Po pierwsze, nie zachęca do ukrywania dochodów. Teraz racjonalnie działający rodzic, którego dochody są o kilka złotych za duże, pójdzie do pracodawcy z prośbą o obniżkę. W wielu przypadkach oznaczać będzie to po prostu rozrost szarej strefy. Po drugie, zasada „złotówka za złotówkę” jest sprawiedliwa, bo ogranicza znaczenie arbitralnie narzuconego progu dochodowego. Nie wprowadza magicznego myślenia, że jak ktoś ma dochód 803 zł na głowę to jest znacząco zamożniejszy od osoby zarabiającej 799 zł i nie należy jej się wsparcie. Nie prowadzi wreszcie do poczucia krzywdy u osób, które wciąż są niezamożne, ale „powyżej progu”.

Rząd PiS jednak postawił na rozwiązania proste, które pozwolą możliwie najpełniej zrealizować rzuconą w kampanii wyborczej obietnicę z jak najmniejszym uszczerbkiem dla budżetu. Ewidentna krzywda tysięcy  kobiet, które stanęły przed niezwykle trudnym życiowym wyzwaniem samotnego rodzicielstwa, musi zejść na dalszy plan. Ewidentny absurd udzielania pomocy wielodzietnym rodzinom zamożnych przedsiębiorców czy menadżerów jest co najwyżej zbyty apelem, żeby „nie korzystali z programu”. Nie wiem czy były minister finansów Mateusz Szczurek, dobrze sytuowana osoba z piątką dzieci, posłucha apelu, ale ja na jego miejscu bym tego nie zrobił. Po to, żeby ostentacyjnie pokazać jakim bublem prawnym jest ten program, do jakich niesprawiedliwości prowadzi.

Długofalowo program 500+ będzie prawdopodobnie trudny do utrzymania w tym kształcie. Tabloidy pokażą przykłady pijackich libacji urządzane za pieniądze „na dzieci”, efektu demograficznego nie będzie, koszty dla budżetu państwa będą trudne do pokrycia w kolejnych latach… Mam tylko nadzieję, że jeśli dojdzie do jego poprawiania/zmieniania, to uwzględniona zostanie w nim grupa samotnych rodziców, których sytuacja, wedle raportu GUS „Warunki życia rodzin w Polsce”, jest pod wieloma względami równie trudna, co sytuacja rodzin wielodzietnych. W szczególności państwo powinno wesprzeć tych ledwie wiążących koniec z końcem, często pozbawionych wsparcia z Funduszu alimentacyjnego (też progi dochodowe!), stających na głowie, żeby załatwić dziecku pieniądze na „angielski”, na jakieś wakacje, może na wymarzone buty do piłki. Pominięcie tych osób, a włączenie do programu najbogatszych, uważam za zwyczajne świństwo.

Czytaj również