Dlaczego nie protestuję przeciwko CETA?

Drukuj

Skrajna lewica i skrajna prawica próbują namawiać Polaków do protestów przeciwko umowie o wolnym handlu z Kanadą. Rząd PiS broni tej umowy. Ja natomiast w tej sprawie zgadzam się z rządem, z którym w większości spraw jest mi zupełnie nie po drodze. Dlaczego?

  1. Skala relacji handlowych pomiędzy Polską a Kanadą jest tak mała, że umowa ma tak naprawdę znikome znaczenie gospodarcze dla naszego kraju i wcale nie tak duże dla UE. Co by nie mówili zwolennicy lub przeciwnicy CETA, to Kanada odpowiada jedynie za 0,4% polskiego handlu zagranicznego. Tak, dobrze przeczytaliście – 0,4%. W przypadku całej UE jest niewiele więcej – 1,8%. Trudno więc się spodziewać, żeby skutki wejścia w życie tej umowy były jakoś specjalnie odczuwane w Polsce. Na pewno nie na tyle, żeby się fatygować i protestować na deszczu w Warszawie. Mamy znacznie istotniejsze sprawy, które powinny nas wyprowadzać na ulice (paraliż Trybunału Konstytucyjnego, fatalnie przygotowana „reforma” edukacji, czy próby zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej)
  2. Nie jest prawdą, że umowa jest wyłącznie w interesie wielkich korporacji, a małe polskie firmy na niej stracą. Umowa z Kanadą będzie skutkowała likwidacją różnorodnych absurdów prawnych, które powodowały, że wiele firm musiało ponosić dodatkowe koszty wejścia na rynek kanadyjski. Wynikało to na przykład z konieczności ponownego testowania bezpieczeństwa produktów, nawet jeśli był on już raz testowany w Europie na podstawie takich samych lub wyższych standardów. Wielkie korporacje stać było na ponoszenie takich kosztów i na wynajem dobrych prawników, orientujących się w meandrach kanadyjskich przepisów. Kiedy wiele z nich zostanie ujednoliconych, otworzy to szansę dla mniejszych firm, które do tej pory na rynku kanadyjskim były nieobecne.
  3. Nieprawdą jest, że CETA spowoduje obniżenie europejskich standardów bezpieczeństwa produktów, praw pracowniczych i innych. W umowie jest wyraźnie napisane, że wejście w życie umowy nie zmienia w żaden sposób obowiązujących unijnych norm. W szczególności nasz rynek nie zostanie „zalany”’ przez żywność modyfikowaną genetycznie. Jedyne na co się strona unijna zgodziła to prowadzenie dialogu z Kanadą na temat produktów GMO i zostawiła furtkę do rozszerzenia zakresu produktów modyfikowanych genetycznie na rynku europejskim, jeśli badania naukowe udowodnią, że są one bezpieczne. Nie ma więc żadnego automatyzmu, a jest racjonalny zapis, że w obliczu przekonujących dowodów nie będziemy się ideologicznie upierać przy swojej niechęci do GMO. Mnie to nie tylko przekonuje, ale bardzo cieszy.
  4. Jak słyszę, że „CETA doprowadzi do upadku polskiego rolnictwa” to czuję się jakbym cofnął się kilkanaście lat wstecz i słyszał aktywistów Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin, którzy straszyli w ten sam sposób Unią Europejską. Polskie rolnictwo i w ogóle polska gospodarka nie tylko przeżyły wejście na wspólny rynek europejski, ale zupełnie dobrze się odnalazły w konkurencji z rozwiniętymi krajami Zachodu. Skala gospodarczego wyzwania wtedy i teraz jest nieporównywalna, z uwagi na opisaną już słabość więzi gospodarczych z Kanadą. Ponadto, związki rolnicze tak naprawdę wywalczyły sobie pozostawienie bardzo daleko idących barier. Część najbardziej „wrażliwych produktów” (drób, jaja, mięso indycze) została wyłączona z umowy, a dla innych ustalono kontyngenty, czyli maksymalne ilości bezcłowego wwozu na rynek europejski. Dla przykładu dla mięsa wieprzowego kontyngent został ustalony na 80 tysięcy ton rocznie, przy wielkości spożycia tego mięsa w Europie przekraczającej 20 milionów ton. Łatwo policzyć, że z Kanady napłynie jedynie odpowiednik 0,4% rocznego spożycia, co na warunki rynkowe większego wpływu mieć nie będzie.
  5. Kolejną nieprawdziwym argumentem przeciwników CETA w Polsce jest twierdzenie, że po jej wprowadzeniu zagraniczne korporacje będą mogły łatwiej pozywać państwo polskie do międzynarodowych trybunałów arbitrażowych. To jest argument istotny dla niektórych państw Europy Zachodniej, ale nie dla nas! My mamy bowiem od 1990 roku umowę inwestycyjną z Kanadą, w której przewidziana jest możliwość pozywania Polski do takich trybunałów. Układ wynegocjowany przez UE poprawia sposób funkcjonowania międzynarodowych trybunałów arbitrażowych, między innymi poprzez wprowadzenie drugiej instancji, umożliwiającej odwołanie się od niekorzystnego wyroku. Co więcej w umowie wyraźnie potwierdzono prawo państwa do wprowadzenia regulacji w celu „osiągnięcia uzasadnionych celów politycznych takich jak zdrowie publiczne, bezpieczeństwo, środowisko, moralność publiczna, ochrona społeczna i konsumencka czy też promocja i ochrona różnorodności kulturowej, nawet jeżeli regulacje te mogą negatywnie wpłynąć na inwestycje zagraniczne, czy też oczekiwania inwestorów zagranicznych co do zysku”. Dla Polski oznacza to więc poprawę obecnej sytuacji, a nie jej pogorszenie!
  6. Umowa CETA, a jeszcze bardziej negocjowana dopiero TTIP (umowa o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi) niezwykle martwią władców Moskwy i Pekinu. Rosja i Chiny jednoznacznie widzą w tych porozumieniach zagrożenie dla swoich interesów, gdyż jeszcze bardziej wzmocnią związki łączące Zachód. Nie wiem jak dla Państwa, ale dla mnie jednoznacznie negatywne stanowisko tych państw jest koronnym argumentem, że podpisanie obu umów byłoby dla Unii Europejskiej bardzo korzystne geopolitycznie.
  7. Sensowności CETA bronią też prognozy wskazujące korzyści z jej wdrożenia, teoria ekonomii i doświadczenia empiryczne UE. Korzyści są szacowane na ponad 11 mld euro dla całej UE i 8 mld euro dla 35-milionowej Kanady. Jest to zgodne z teorią ekonomii, która wskazuje na „efekt kreacji handlu” związany z liberalizacją przepływów handlowych. Pewną wskazówką co do skutków CETA mogą być też bardzo pozytywne doświadczenia umowy z Koreą Południową, która weszła w życie 5 lat temu. Dzięki temu eksport unijny do tego kraju zwiększył się o połowę, a każdy dodatkowy 1 mld euro eksportu przełożył się na stworzenie 14 tys. miejsc pracy. Łatwo więc policzyć, że efektem CETA może być powstanie nawet 150 tysięcy nowych miejsc pracy w Europie.

* * *

Ostatnim argumentem, dla którego nie pojechałem na sobotnią demonstrację przeciwników CETA w Warszawie, były osoby namawiające do wzięcia w niej udziału. O ile jeszcze od biedy ścierpiałbym protestowanie u boku Pana Adriana Zandberga z Partii Razem, to zupełnie nie wyobrażam sobie wspólnego maszerowania z nacjonalistami ze skrajnej prawicy. Znamienne, że niechęć do CETA i TTIP połączyła oba środowiska. Jeszcze ciekawsze, że łączy też Donalda Trumpa, Marie Le Pen i Władimira Putina. Z tymi też wolałbym nie być kojarzony. Dlatego dziwię się bardzo tym, którzy pojawili się na proteście. Na szczęście nie było ich zbyt wielu.

Czytaj również