Dlaczego przejmuję się tym, co piszą o Polsce zagranicą?

Drukuj

Katastrofa wizerunkowa, której doświadcza w tej chwili Polska, będzie miała swoje poważne konsekwencje polityczne i gospodarcze. Dlatego dziwią mnie bardzo osoby, które pojawiające się w najważniejszych światowych mediach negatywne opinie o Polsce kwitują wzruszeniem ramion. Jest czym się martwić.

Nie jest prawdą, że przejmowanie się negatywnymi artykułami w prasie zagranicznej jest dowodem zakompleksienia. Nie jest też prawdą, że „poważne kraje” (tu wymienia się najczęściej Francję lub Wielką Brytanię) nie przejmują się takimi rzeczami. Nie tylko się przejmują, ale tez wydają ciężkie pieniądze, żeby promować zagranicą swój pozytywny wizerunek. Tak zwana „dyplomacja publiczna”, czyli działania skierowane do zagranicznej opinii publicznej są ważną pozycją w budżetach wszystkich dużych krajów europejskich, które starają się kreować zagranicą pozytywny przekaz o sobie.

Dbałość o wizerunek medialny jest szczególnie ważna dla tych krajów, które były przez lata kojarzone w świecie raczej źle, albo zgoła wcale, a przy tym nie mają na kreację wizerunku do wydania miliardów dolarów. Jak się bowiem ma miliardy, to można nawet z małego Kataru, w którym rządzi prawo szariatu i autorytarny rząd, zrobić w umysłach ludzi „miejsce gdzie spełniają się sny”.

Polska nie ma bogatych szejków, ma natomiast ciężki bagaż przeszłości – kraju słabo rozwiniętego, zaniedbanego i źle rządzonego przez lata PRL-u. Przez 25-lat powoli zrzucaliśmy też bagaż, zyskując opinię „lidera przemian” w dawnych bloku sowieckim i „wschodnioeuropejskiego prymusa” jeśli idzie o tempo wzrostu gospodarczego. Jeśli jeszcze 10 lat temu brytyjski The Economist miał zwyczaj ilustrować tekstu o Polsce zdjęciami furmanek, to w ostatnich latach pisał już o nas niemal wyłącznie w pozytywnym kontekście szybkiej modernizacji. Podobnie media niemieckie, które przestały bawić swoich odbiorców dowcipami o „Polnische Wirtschaft” i złodziejach samochodów. Pisały raczej z uznaniem dla sąsiadów zza Odry.

 „Orbanizacja” Polski…

Teraz ten wieloletni wysiłek w zastraszającym tempie marnujemy. Zachodnie media, niektóre pewnie z fałszywym żalem, opowiadają teraz o Polsce jako kraju niestabilnym politycznie, nieprzewidywalnym i kroczącym szybko w kierunku „orbanizacji”. Przypomnę może, że termin ten opisuje stan rządów „nieliberalnych” (eufemistycznie to ujmując), które pompują narodową dumę mieszkańców, kosztem zajęcia pozycji outsidera w Europie. Takiego co to się przez grzeczność toleruje, ale się z nim nie liczy. Symbolem tego podejścia były słowa przywitania węgierskiego premiera przez przewodniczącego Komisji Europejskiej na szczycie Partnerstwa Wschodniego w Rydze, w maju 2015. Jean-Claude Juncker witał go słowami „Cześć dyktatorze”, kordialnie poklepując po policzku. Taki niby „żarcik”, ale jednak scena dość upokarzająca dla Orbana i Węgier.

Warto też zauważyć, że w przypadku Polski koszty wizerunkowe „orbanizacji” będą znacznie większe niż na Węgrzech. Tam bowiem następowała ona wraz z jednoczesnym podnoszeniem państwa z ruiny gospodarczej, w którą wpędziły je rządy socjalistów. Obok więc strat wynikających z działań politycznych rządu, były też zyski związane z lepszą polityką gospodarczą. W Polsce na razie mamy same straty, bo „dobrej zmianie” politycznej towarzyszy „dobra zmiana” gospodarcza, którą symbolizuje powiększenie przez rząd PiS dziury budżetowej do poziomu największego (nominalnie) w historii III RP. Tak duży deficyt jest trudny do usprawiedliwienia w sytuacji szybkiego wzrostu gospodarczego w kraju i zagranicą jest to dostrzegane.

…i jej koszty.

Koszty wizerunkowej katastrofy naszego kraju będą trojakie. Oczywiście nie wystąpią z dnia na dzień, ale będą dostrzegalne w perspektywie kilkunastu miesięcy.

  1. Spadek atrakcyjności inwestycyjnej Polski. Niestety inwestorzy zagraniczni nie czytają „Gazety Polskiej Codziennie”, a swoja opinię o kraju wyrabiają raczej w oparciu o „Financial Times” lub „Wall Street Journal”. Może dlatego mimo wieloletniej kampanii kreowania w mediach prawicowych wizerunku Polski w upadku, chętnie kupowali akcje polskich firm, chętnie budowali tu fabryki. Teraz czytają, że w Polsce nie będzie działał sąd konstytucyjny, bo rządząca większość chce mieć całkowitą swobodę stanowienia prawa. Wychowani w państwach z ugruntowanym trójpodziałem władz z niedowierzaniem kręcą głową i denerwują się na myśl, że nie będzie miał kto zablokować uchwały nacjonalizującej obcy majątek, gdyby rządzącym przyszła ochota taką wydać. Nawet jeśli to mało prawdopodobne to jednak przenoszą swoje pieniądze w inne miejsce, albo wstrzymują się z inwestycjami. Pierwsze oznaki tego już widać – Polska giełda w zeszłym roku zanotowała największe spadki w całym regionie. Zupełnym przypadkiem zaczęły się one z chwilą wyboru kandydata PiS na prezydenta.
  2. Wzrost kosztów obsługi polskiego długu. Dostęp do gotówki jest w przypadku państw w dużej mierze uzależniony od ratingów, próbujących ocenić ryzyko inwestycyjne w danych kraju. Wielu inwestorów wprost uzależnia swoje decyzje inwestycyjne od pozycji danego kraju w ratingu. Jeśli ta spada poniżej pewnego poziomu to automatycznie wycofują się z takiego rynku, przez co spadają możliwości pożyczkowe państwa (musi pożyczać drożej). W Grecji doprowadziło to do utraty możliwości obsługi długu. Fitch, jedna z trzech najważniejszych agencji ratingowych, tuż przed Świętami zdążył już ostrzec przed „agresywnie populistyczną” polityką rządu, która w połączeniu ze złymi decyzjami gospodarczymi oraz protestami ulicznymi może wpłynąć negatywnie na nastroje inwestorów. To jeszcze nie oznacza obniżenia naszego ratingu, ale powinno zapalić lampkę ostrzegawczą. Gdyby „dobra zmiana” doprowadziła do obniżenia wiarygodności kredytowej Polski, dałoby to wiele satysfakcji krytykom rządu, ale byłoby fatalne dla państwa. Do Grecji nam jeszcze daleko, ale nie powinniśmy igrać z ogniem.
  3. Spadek możliwości realizacji celów politycznych Polski. Naprawdę naiwna jest wiara, że w dzisiejszej zdominowanej przez media polityce, ta zła prasa, którą mamy, nie przełoży się na osłabienie naszej pozycji w Unii i w NATO. W skomplikowanej rzeczywistości międzynarodowej skuteczna realizacja celów polityki państwa polskiego jest możliwa wyłącznie poprzez wielopoziomową, dobrą współpracę z Zachodem. Nie pomoże w tej współpracy status „kraju specjalnej troski”, jaki lada chwila nałoży na nas Komisja Europejska poprzez swój system monitoringu praworządności (rule of law supervision framework). Nie pomoże medialny obraz kraju odwracającego się od wartości zachodnich, rządzonego przez populistyczny rząd narodowych-socjalistów, walczących z „chorobami” symbolizowanymi przez cyklistów i wegetarian. Czy nam się podoba, czy nie, to zbliżenie do Budapesztu oznacza nie tylko oddalenie od Berlina i Brukseli, ale także od Waszyngtonu. Polityczna pozycja Polski na świecie jest funkcją jej siły w Europie. A silnej pozycji w Europie nie buduje się w taki sposób w jaki robi to rząd PiS. W taki sposób to się tę pozycję traci.

*  *  *

Nie mam wątpliwości, że nasza elita polityczna będzie nadal zabijać śmiechem doniesienia z zagranicy. Taka reakcja na ten negatywny obraz Polski w światowych mediach to świadectwo, że postkomunizm wcale się nie skończył, a zaściankowość myślenia elit politycznych naszego kraju jest przerażająca. Nieważne przecież jak inni nas widzą, ważne jak my widzimy siebie… Dumny naród nie przejmuje się krytyką… Niech lepiej bronią swoich kobiet przed gwałcicielami, a nie zajmują się demokracją u sąsiadów…

Taki to mamy poziom dyskusji. Tylko Polski szkoda.

Czytaj również
  • mf

    amen.
    Polska juz zamienila opinie kraju politycznie i ekonomicznie przewidywalnego na wizerunek kraju nieprzewidywalnego. Co jest nota bene diagnoza sluszna. Partia rzadzaca przez ostatnie osiem lat rozplynela sie z dnia na dzien jak jakowy miraz. Jest niby jej potencjalny nastepca, Nowoczesna, ale ta gwaltowna przemiana unaocznia kazdemu brak ustabilzowanej bazy partii politycznych ktore mialyby w miare stabilny swiatopoglad i program ekonomiczny, dzielac wladze miedzy soba aby wyprodukowac sensowna wypadkowa ktora jest w miare przewidywalna. Zajmie Polsce nastepne dwie dekady aby ten obraz znow odwrocic, zakladajac ze PiS nie potrwa dlugo. Jesli potrwa dluzej w swojej obecnej postaci rozwoj Polski sie zatrzyma i Polska dolaczy do krajow takich jak Wegry, Bulgaria, Rumunia, Ukraina, Bialorus, czasowo spelniajac marzenia o Miedzymorzu. W dluzszym okresie moga sie pojawic w Polsce sily odsrodkowe, jako ze tym w Polsce zachodniej i poludniowo-zachodniej moze byc blizej do Berlina i do Wiednia niz do Warszawy w ktorej bezustannie trwa jakis tragikomiczny polityczny karnawal oplacany z pieniedzy podatnika. Moze to i lepiej, lepiej niz nastepna wojna kosztem szesciu milionow ofiar.

    W obecnym okresie Polska potrzebuje spokojnej pracy organicznej, wzmacniania ochrony wlasnosci prywatnej, wzmacniania sadow, reform podatkowych. Niepotrzebne jest zadne machanie flaga i dramatyczne zmiany w polityce zagranicznej. Bez pracy organicznej nie bedzie dalszego rozwoju. Polska uniknela glebokiej recesji w 2008 poniewaz zloty sie automatycznie zdewaluowal. Wowczas byl to pewien plus, ktory jednakowoz nie bedzie plusem na zawsze. Warto zauwazyc ze kraje Baltyckie, pomimo ostrego kryzysu w 2008, lekko juz prescignely Polske w GDP per capita, co ewidentnie nikomu w Warszawie nic nie daje do myslenia.

    Z pustego i PiS nie naleje.