Granice ignorancji premiera RP

Drukuj

Do niedawna za przykład największego ignoranta wśród polskich polityków miałem Dariusza Jońskiego z SLD, który zapytany o datę wybuchu Powstania Warszawskiego umiejscowił ją w 1988 roku. Teraz moim numerem jeden jest Beata Szydło – kandydatka na premiera RP z ramienia Prawa i Sprawiedliwości. Na pytanie o datę wejścia Polski do Unii Europejskiej, najpierw szukała jej w latach 80-tych ubiegłego wieku, a potem wypaliła, że był to rok 1992. Kompromitację posła Jońskiego można potraktować jako smutną, ale jednak relatywnie niegroźną ilustrację stanu polskich elit politycznych. Blamaż osoby, która za moment może być najważniejszym politykiem w naszych państwie, wydaje się być problemem znacznie poważniejszym.

Film z udziałem kandydatki na premiera obejrzałem w dniu, w którym układałem egzamin dla studentów uczęszczających na moje wykłady z integracji europejskiej. Od lat stosuje zasadę, że pierwsze pytanie ma charakter sprawdzający opanowanie podstawowych faktów. Studenci nazywają to „fastkillem”: nie odpowiesz, to dostajesz dwóje. Najczęściej pytam o podstawowe instytucje unijne lub proszę o wskazanie krajów członkowskich Unii. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać o datę wstąpienia Polski do UE, bo wydawało mi się, że będzie to pytanie zbyt proste.

Co roku wśród studentów znajdują się osoby, których spotyka taka „szybka śmierć” i otrzymują dwóje. Z reguły tłumaczą się, że to tylko „wpadka”, a tak naprawdę są bardzo dobrze przygotowani do egzaminu. Nigdy jeszcze nie okazało się to prawdą. Tego typu „wpadki” na poprawkach okazują się świadectwem olbrzymich braków w wiedzy ogólnej, które często świadczą o nieprzygotowaniu do studiowania w ogóle, a nie tylko do jednego egzaminu.

O czym świadczy blamaż Beaty Szydło? Przyznam szczerze, że jego wytłumaczenie sprawia mi spore trudności. Gdyby pomyliła się o rok, albo dwa lata, to mógłbym jej występ zakwalifikować w kategoriach „wpadki”. Sam miewam kłopoty z zapamiętywaniem dat, w szczególności tych dziennych – jest więc we mnie sporo wyrozumiałości. Trudno jednak jako „wpadkę” traktować udzielenie odpowiedzi, którą jako żywo przypomina mi kompromitację jednego ze studentów, który poproszony o wskazanie na mapie świata Japonii uparcie szukał jej w Afryce.

Posłanka Szydło jest osobą dojrzałą, która lata 80-te i 90-te ubiegłego wieku pamięta za swojego dorosłego życia, a nie z książek, czy opowieści rodziców. Doskonale powinna też pamiętać, że w roku 1992 nasz kraj dopiero odbudowywał się ze zgliszczy po PRL-u, a hasło „Polska w ruinie” nie było takim nonsensem jakim jest dzisiaj. O wejściu do UE nie mogło być wtedy mowy. Również dlatego, że nawet „Unii Europejskiej” oficjalnie wtedy nie było. Nazwa pojawiła się dopiero po wejściu w życie Traktatu z Maastricht, w roku 1993.

Nie wymagam od premiera żeby znał zawiłości historii Unii, choć ułatwia to sprawne funkcjonowanie w Brukseli. Bezwzględnie jednak od osoby na tym stanowisku należy wymagać znajomości podstawowych faktów z najnowszej historii własnego kraju i szerokiej wiedzy ogólnej. Sprawując urząd premiera codziennie przecież trzeba wyrabiać sobie opinie w trudnych i często bardzo odległych od siebie sprawach. Ministrowie mają komfort zajmowania się sprawami jednego resortu, ale premier musi rozumieć całość spraw państwowych. Czy Beata Szydło, gubiąca się w sprawach podstawowych faktów z historii Polski, da radę zarządzać całym państwem? Gdzie sięgają granice jej niekompetencji? Czy mamy pewność, że wie kiedy zakończyła się II wojna światowa i kto w niej z kim walczył? Jaką głupotę trzeba powiedzieć, żeby zostać zdyskwalifikowanym z walki o najwyższe stanowiska państwowe?

Nie mam złudzeń, że większość Polaków przejdzie do porządku dziennego nad problemem ignorancji kandydatki na premiera. Nie wiedza się przecież liczy w oczach wyborców, tylko „gładka gadka” i umiejętność gry na ludzkich emocjach (często tych złych), a jeśli słowa polityka przeczą faktom, tym gorzej dla faktów. Tak to działa niemal na całym świecie i nie ma sensu obrażać się na rzeczywistość. Ileż „wpadek” zaliczył George W. Bush, a jednak był dwukrotnie wybierany prezydentem supermocarstwa.  U mnie jednak Beata Szydło dostaje „fastkilla” i rekomendację, żeby zajęła się jakąś inną robotą niż rządzenie Polską.  Wygląda na to, że do formatu Mazowieckiego, Buzka, Tuska, czy nawet Kaczyńskiego, zbyt dużo jej brakuje.

P.S. Jeśli już jednak faktycznie zostanie premierem to bardzo chciałbym żeby się okazało, iż moja ocena jej osoby była pochopna i nietrafna, a sama „wpadka” zupełnie bez znaczenia.

Czytaj również