Jak Szydło i Kopacz oblały test redaktora Kraśki na rozmiar kapelusza

Drukuj

Jeśli premierem ma być Beata Szydło, to jednak już wolę Jarosława Kaczyńskiego. Uważam, że to polityk zdecydowanie większego formatu i posiadający dużo lepsze przygotowanie merytoryczne, mimo swoich licznych obsesji i poglądów, z którymi się nie zgadzam. Debata z premier Kopacz ukazała bowiem wyraźnie, że Szydło nie daje nadziei na „dobrą zmianę” w fotelu premiera.

Liderującemu w sondażach PiSowi debata z Ewą Kopacz nie była do niczego potrzebna. Niewiele mógł nią politycznie zyskać, a przewaga którą ma na kilka dni przed wyborami jest bezpieczna.  Chyba jednak politycy PiS uwierzyli w powtarzane przez siebie hasła o tym jak fatalnym premierem jest Ewa Kopacz, a jak wspaniale przygotowani do rządzenia są ludzie, którzy ją mają zastąpić. Zgodnie z tą logiką Beata Szydło powinna Ewę Kopacz merytorycznie i retorycznie zgnieść, bo między nimi jest przepaść. Nic takiego nie miało jednak miejsca.

Beata Szydło trochę zgrabniej się wysławia niż Ewa Kopacz, ale merytorycznie prezentuje się słabo i nie daje najmniejszych szans na jakościową zmianę w polskim rządzie. Mówi komunały, powtarza niczym nie poparte obietnice, odwołuje się ciągle do autorytetu prezydenta. Nie starczyło jej też klasy, żeby tytułować premiera Polski zgodnie z należnym osobie na tym stanowisku szacunkiem. Tak nie zachowuje się charyzmatyczny polityk, mający wizję rozwoju kraju, który przejmuje władzę na trupie osłabionego ośmioletnimi rządami rywala. Niestety jej przerażająca wpadka z pomyleniem daty przystąpienia Polski do UE nie była przypadkiem, tylko ilustracją poziomu przygotowania do pełnienia najwyższych funkcji państwowych.

Ewa Kopacz zaprezentowała się również słabo. Mówiła mętnie, nie potrafiła przekonywująco opisać w kilku zdaniach swoich postulatów (nawet tych dobrych, jak jednolity kontrakt zastępujący umowy zlecenia i umowy o pracę). Również nie przedstawiła żadnej wizji rządzenia Polską. Nie broniła „ciepłej wody w kranie” Donalda Tuska, ale również jej nie kwestionowała. Straszyła „państwem wyznaniowym” PiS, ale nie potrafiła poprzeć postulatu świeckiego państwa. Mętnie zarzucała swojej rozmówczyni, że ta trzykrotnie głosowała przeciwko postulatom środowisk kobiecych, ale nie starczyło jej odwagi, żeby przywołać te postulaty.

Miałkość obu kandydatek do rządzenia Polską obnażył redaktor Piotr Kraśko swoim pytaniem o długofalowe wyzwania z jakimi będziemy się musieli zmierzyć. Dla podpowiedzi wymienił układ TTIP (strefa wolnego handlu USA-UE), wzrost potęgi Chin i ewentualną trzecią falę kryzysu gospodarczego na świecie. To świetnie zadane pytanie może posłużyć moim zdaniem jako papierek lakmusowy do oceny poziomu obu kandydatek. Odpowiadając mogły się pokazać jako osoby rozumiejące świat i widzące coś więcej niż bieżącą szarpaninę w polskim bagienku politycznym. Przecież premier RP, w warunkach globalizacji i członkostwa w UE, jest zmuszony zajmować się sprawami naprawdę poważnymi, wykraczającymi poza polski zaścianek. Świetnie to kiedyś opisał Donald Tusk, który pytany o to co go najbardziej zaskoczyło na fotelu premiera odpowiedział, że zadziwia go liczba godzin jaką musi spędzać na dyskusjach o zmianach klimatycznych.

Niestety, obie Panie „test Kraśki” oblały.  W swojej odpowiedzi Beata Szydło ograniczyła się do stwierdzenia, że wszystkie przywołane przez Kraśkę kwestie są ważne i wróciła do odklepywania przygotowanych wcześniej formułek, oderwanych zupełnie od pytania. Ewa Kopacz podjęła chociaż próbę odpowiedzi, odnosząc się do TTIP, ale niestety nie mówiąc w tej sprawie nic ciekawego. Za mało jak na osobę, która przez rok sprawowała już urząd premiera i przecież o tych wszystkich sprawach miała okazję pomyśleć i podyskutować.

Jestem przekonany, że osoba sprawująca urząd premiera powinna mieć swoją opinię w kwestii największych długofalowych wyzwań jakie stoją przed Polską. Jestem niemal pewien, że Jarosław Kaczyński by taki test zdał. Można go nie lubić, można się z nim nie zgadzać, ale to jednak inteligent pełną gębą i poważny polityk, z charyzmą, wizją i autorytetem (choć bez niezbędnego luzu). Obie spierające się w poniedziałek Panie w porównaniu z nim to niestety „grają w drugiej lidze”. Jeśli więc faktycznie Jarosław Kaczyński nie obejmie teki premiera to skazani jesteśmy na „reprezentację drugoligową”, co jest bardzo złym wariantem dla Polski.

Na powrót do „pierwszej ligi” przyjdzie chyba poczekać na zmianę pokoleniową w polskiej polityce (Trzaskowski? Petru? Nowacka?), albo na powrót z Brukseli Donalda Tuska. Miałem przyjemność słuchać go ostatnio na Europejskim Forum Nowych Idei w Sopocie (przemówienie Tuska od 1:09:15) i nie mam najmniejszych wątpliwości, że test Kraśki by zdał. Można go nie lubić i śmiać się, że objął posadę „dużego misia” w Brukseli, ale myślę, że szybko za nim tu w Polsce zatęsknimy.

Czytaj również