Krajobraz po bitwie o Tuska

Drukuj

Skoro dymy bitewne powoli już opadają, a demokratyczna opozycja pokrzepiła się już wielkim tryumfem… to warto spróbować określić co wynika z klęski polskiego rządu w Brukseli. Dostrzegam co najmniej pięć rzeczy godnych zauważenia i odnotowania.

 

  1. Tusk nie będzie liderem opozycji w najbliższych wyborach parlamentarnych

Donald Tusk niewątpliwie osiągnął wielki osobisty sukces i podkreślił swoją silną pozycję polityczną w Europie. Jednocześnie jednak wyeliminował się z uczestnictwa w polskiej polityce na kolejne 2,5 roku. To powinna akurat ucieszyć nie tylko Grzegorza Schetynę, ale także Jarosława Kaczyńskiego i zwolenników jego rządów. Jeśli dobrze liczę było to 9 wygrane przez Tuska starcie wyborcze z PiSem, ale oznacza ono, że do 10 wygranej może dojść najwcześniej w kolejnych wyborach prezydenckich. W najbliższych wyborach parlamentarnych opozycja musi wyłonić innego lidera, który rzuci wyzwanie Kaczyńskiemu. Wygląda na to, że nie będzie to takie proste, a przecież właśnie w słabości opozycji PiS może upatrywać największych szans na dobry wynik wyborczy. Może się okazać, że przegrywając bitwę tak naprawdę wyeliminowali najgroźniejszego rywala. Choć z drugiej strony ponad 50% sondażowego poparcia dla reelekcji Tuska wcale przecież nie oznacza, że większość Polaków chciałaby go widzieć z powrotem w Warszawie.

  1. Rząd PiS nie może liczyć na Viktora Orbana

Porażka 27 do 1 pokazała, że Węgry nie są wiernym sojusznikiem PiSu, tylko prowadzą bardziej skomplikowaną, samodzielną grę polityczną. Kaczyński, który do końca wierzył w sojusz z Budapesztem, co zresztą publicznie przyznał, zrobił błędne założenie. Dobitne potwierdzenie tego, że Orban kieruje się wyłącznie własnym interesem jest chyba najlepszą wiadomością dla polskich demokratów z brukselskiego szczytu. Oznacza to bowiem, że błędne może okazać się również założenie Kaczyńskiego o bezkarności rządu polskiego na forum UE. Dotychczas rząd PiS prezentował stanowisko, że Rada Europejska nie będzie w stanie przegłosować sankcji przewidzianych w ramach prowadzonej przez Komisję Europejską procedury kontroli praworządności, bo Węgry nie wystąpią przeciwko Polsce i nie będzie wymaganej jednomyślności. Teraz to jest już znacznie mnie pewne. Budapeszt, uzyskawszy odpowiednie zabezpieczenia swoich interesów, może nie chcieć bronić osamotnionej Polski. W efekcie Unia Europejska może odblokować sobie skuteczne narzędzie nacisku na Warszawę i efektywniej niż do tej pory włączyć się w proces powstrzymania niszczenia przez obóz władzy ładu konstytucyjnego w naszym kraju. Przynajmniej jest na to większa szansa niż się wydawało jeszcze kilka dni temu.

  1. Nadszedł symboliczny koniec rojeń o Międzymorzu

Wielki plan budowy regionalnego ugrupowania w ramach Unii Europejskiej z Polską jako liderem, był od lat podstawowym założeniem pisowskiej wizji prowadzenia polityki zagranicznej. Ile razy to krytykowali rząd PO-PSL, że ten „niedostatecznie konsultował swoje decyzje z parterami z regionu”, że „łamał jedność Grupy Wyszehradzkiej” albo „odwracał się od regionu, chowając za plecami Niemiec”. Tym razem sami liderzy PiSu wystąpili przeciwko woli wszystkich państw z Europy Środkowej i Wschodniej, ryzykując utratę przez przedstawiciela regionu jednego z dwóch najważniejszych stanowisk w Unii Europejskiej, na rzecz…kogokolwiek innego, nawet „włoskiego socjalisty”. Do tego bowiem sprowadzało się w ostatnich dniach stanowisko rządu polskiego, ku przerażeniu w stolicach naszych sąsiadów. Naprawdę nie trzeba wielkiej przenikliwości żeby zrozumieć, iż z punktu widzenia Słowaków, czy Litwinów, pochodzący z regionu i rozumiejący jego uwarunkowania Tusk jest lepszy niż Francuz, Irlandczyk, czy nie daj Boże ten „włoski socjalista”. Cała ta sytuacja niewiele zmienia w warstwie „materialnej” polityki (różnice interesów i brak zgody na polskie przywództwo uniemożliwiają Międzymorze), ale powinna sporo zmienić w warstwie symbolicznej. O ile klęska dyplomatycznej ofensywy PiSu w sprawie stworzenia Międzymorza w pierwszym roku rządów umknęła szerszej opinii publicznej, o tyle całkowita izolacja Polski w czasie brukselskiej batalii „o Tuska” odbiła się szerokim echem. Swoją drogą rzadko kiedy w polityce międzynarodowej mamy tak wymierne przykłady porażek dyplomatycznych rządów, bo te… jak ognia unikają spektakularnego przegrywania głosowań.

  1. Rząd polski wykazał się brakiem profesjonalizmu i prowincjonalizmem

Gdyby politycy PiS byli profesjonalistami to po cichym wysondowaniu szans na utrącenie kandydatury Tuska już od kilku miesięcy skutecznie odwracaliby uwagę od nadchodzących wyborów. Podkreślaliby „jak mało ważne to stanowisko”, sugerowaliby, że to „zupełnie nieistotne wybory, bo i tak Tusk nic nie może”, a przede wszystkim starali się o Tusku mówić jak najmniej. W czasie procedury wyboru premier Szydło w ogóle by się nie odezwała, a na pytania dziennikarzy odpowiedziałaby lekceważąco machając ręką na znak, że to sprawa „w ogóle bez znaczenia”. Zamiast więc forsować niemającą zupełnie żadnych szans kandydatury Jacka Saryusza-Wolskiego w tym czasie mogłaby podjąć rozmowy na tematy faktycznie ważne dla Polski. Tych jest przecież nie mało, że wspomnę tylko: zaostrzone ostatnio przy biernej postawie ministra Szyszki przepisy środowiskowe, relacje z Ukrainą i Rosją, budowa jednolitego rynku cyfrowego, finansowe konsekwencje Brexitu dla budżetu unijnego, którego jesteśmy beneficjentem…

Niestety brak profesjonalizmu w polskiej dyplomacji (określony dziś zabawnym hasztagiem #WitoldyDyplomacji) łączy się z przerażającym prowincjonalizmem rządowych elit. Liczba nagromadzonych problemów w Europie i w jej otoczeniu międzynarodowym jest tak duża, że naprawdę jest o czym dyskutować, a Polska jako duży kraj unijny powinna aktywnie szukać rozwiązań dla tych problemów, miast sama stawać się jednym z nich. Niestety wybrańcy Kaczyńskiego i pewnie on sam, są zbyt zajęci polityką krajową i chyba też, co przykro pisać, zbyt ograniczeni intelektualnie, żeby na poważnie zająć się poważnymi sprawami rangi europejskiej. Być może jednak brukselska klęska doprowadzi do wymiany przynajmniej na stanowisku szefa MSZu. Saryusz-Wolski, czy Konrad Szymański, gwarantowaliby jednak wyższy poziom niż obecnie urzędujący na Szucha odkrywca „San Escobaru”.

  1. Trzeba spodziewać się rychłej kontrofensywy PiSu

Widoczna wyraźnie radość polskiej opozycji demokratycznej z wielkiego „zwycięstwa” nad Kaczyńskim jest nieuzasadniona i może być groźna, jeśli przerodzi się w samozadowolenie. To nie polscy demokraci wygrali, to wygrał Tusk, swoją pracą w ostatnich 2 latach. Opozycja nie ma tu żadnych zasług. Teraz przed nią natomiast zadanie, żeby skutecznie przeciwstawić się nieuniknionej kontrze politycznej PiSu, którą będzie chciała przykryć bolesną porażkę. Zostaną więc „wygaszone” ostatnie niekontrolowane przez władze instytucje władzy sądowniczej – Krajowa Rada Sądownictwa i Sąd Najwyższy. Trzeba się też spodziewać zmiany ordynacji wyborczej, na taką, która uprawdopodobni zwycięstwo obozu władzy w nadchodzących wyborach samorządowych (być może przyspieszonych). Prawdopodobnie Kaczyński ma zresztą w zanadrzu jeszcze coś „ekstra”. Do tej pory cały czas przecież szedł o dwa kroki szybciej niż opozycja. Zamiast świętowania zachęcałbym więc do pracy nad wyciągnięciem wniosków z dotychczasowych porażek, czyli do tego co jest chyba najsilniejszą stroną Donalda Tuska. Jeśli liderzy opozycji tego nie zrobią to Tusk przejdzie do historii nie tylko jako Polak sprawujący najwyższy świecki urząd międzynarodowy, ale także „jedyny, który umiał wygrywać z Kaczyńskim”.

Czytaj również