Prawie połowa polskich naukowców nic nie publikuje

Badania profesora Marka Kwieka, pokazują, że 43 procent polskich pełnoetatowych pracowników naukowych w zasadzie nic nie publikuje. A w świecie nauki jak nie publikujesz, to Cię nie ma. Dlaczego więc Oni są?

Profesor Kwiek jest dyrektorem Centrum Studiów nad Polityką Publiczną i pracownikiem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W ostatnim numerze czasopisma “The Higher Education in Russia and Beyond” opublikował krótką relację ze swoich badań dotyczących powiązań międzynarodowej współpracy badawczej z efektywnością naukową pracowników akademickich.

Ścisła korelacja między dużą liczbą publikacji danego naukowca a jego aktywną współpracą międzynarodową nie dziwi, gdyż jest to zgodne z trendami ogólnoeuropejskimi i intuicją. Skoro ktoś z zagranicy chce w ogóle z Tobą współpracować, to znaczy, że jesteś dobrym naukowcem, a jak jesteś dobrym naukowcem, to publikujesz. W artykule pojawiają się jednak dane zadziwiające, gdyż okazuje się, że znacząca grupa polskich pracowników naukowych w ogóle nie publikuje wyników swoich badań. Wyłączając wąską grupę badaczy pracującą latami nad swoim opus vitae, chyba można założyć, iż cała reszta po prostu nie pracuje naukowo!

Jestem wielkim miłośnikiem eseju Jerzego Stempowskiego zatytułowanego „O czernieniu papieru” (z tomu „Eseje dla Kassandry”), w którym dowodzi, że nie warto pisać zbyt dużo, a jak już się „wychodzi z milczenia” to tylko po to, by powiedzieć coś naprawdę ważnego. Ale żeby takie szerokie rzesze naukowców latami brało pensje nie mając światu nic ważnego do powiedzenia w swoich specjalizacjach naukowych? Może jednak powinni zmienić zawód i zrobić miejsce młodym, którzy mają coś do powiedzenia tylko nie mają pensji?

Co równie ciekawe,  okazuje się, że za 50 procent polskiej „produkcji naukowej ” (czyli publikacji, patentów, wdrożeń itd.) odpowiada zaledwie 10 procent naukowców. To oznacza, że nożyce w polskiej nauce rozwierają się w porównaniu z innymi krajami europejskimi wyjątkowo mocno – wąskiej elicie porządnych naukowców towarzyszy bardzo szeroka grupa outsiderów.

Logika i interes uczelnie wskazywałyby na to, że outsiderzy powinni być eliminowani. Niestety, jak słusznie zauważa  prof. Maciej  Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, systemowe rozwiązania na polskich uczelniach nie dają nadziei na rychłą zmianę tego stanu rzeczy:

Problemem jest to, że nasz system szkolnictwa akademickiego nie daje możliwości rezygnowania z ludzi całkowicie bezproduktywnych. To nie znaczy, że wszyscy muszą prowadzić badania, bo są naukowcy, którzy są wyśmienitymi nauczycielami i przynajmniej w tym są dobrzy. Chodzi o wyeliminowanie osób całkowicie nieprzydatnych, co w przypadku środowiska akademickiego jest niemalże niemożliwe.

Moja „obserwacja uczestnicząca” polskiego życia naukowego potwierdza smutną konkluzję prof. Żylicza. Przyznam jednak, że tak wysoki odsetek osób nic niepublikujących jest dla mnie zaskakujący. Być może po prostu mam szczęście pracować w jednostce naukowej gdzie skala problemu jest statystycznie mniejsza? Jeśli jednak w mojej jest mniejsza, to gdzieś musi być większa, co oznacza, że istnieją w Polsce jednostki, w których większość pracowników pozoruje jedynie pracę naukową.

Jeśli tak jest w istocie, to chyba możemy powiedzieć, że znaczący wzrost nakładów na naukę jest bez sensu. Ta wąska grupa faktycznie pracujących naukowo uczonych już pewnie dużo większej ilości pieniędzy nie będzie w stanie sensownie „przerobić”, bo i tak są obłożeni „grantami” i zobowiązaniami publikacyjnymi. Nie starczy im zwyczajnie czasu.

Narażę się wielu kolegom, ale zadam to pytanie: może zamiast apelować do ministerstwa o zwiększenie nakładów na naukę, powinniśmy najpierw zaapelować o wprowadzenie systemowych mechanizmów szybkiego eliminowania z uczelni blokujących rozwój outsiderów? Wiem, że to zamach na świętą autonomię uczelni, ale czy możemy liczyć na wewnętrzną, oddolną naprawę uniwersytetów, skoro znaczna cześć (może większość) pracowników nauki nie będzie nią zainteresowana?

Czytaj również
  • Wiki

    Przykład, który najlepiej oddaje patologię finansowania nauki na dużym
    uniwersytecie medycznym: pracownik, który ma najwięcej
    wysokopunktowanych publikacji, opłaca badania ze swojego wynagrodzenia
    uczelni (czyli dokłada swoją kasę), kosztem swojej rodziny, w tym czasie,
    kierownik, który dysponuje dotacjami statutowymi wydaje je na szybko pod
    koniec roku na totalnie bzdurne cele, tylko po to, aby je wydać i świadomie nie przeznacza ich na projekty badawcze swoich pracowników, ponieważ są zbyt ambitni. Dlaczego nikt nie reaguje na ten patologiczny system ? Dlaczego dział nauki akceptuje zapotrzebowania, które są marnowaniem pieniędzy polskiego podatnika ?

  • Dariusz

    sama produkcja nie jest dobrym miernikiem – cóż dobrego jest dla nauki z przyrostu makulatury? Miarą pracy naukowej powinny być choćby także cytowania (kto nie jest cytowany, nie jest dobrym naukowcem, nawet jak publikuje ile tylko wytrzymają drukarki).

    Ale przede wszystkim chyba chodzi też o to, że kompetytywny opresyjny system, w którym jest publish-or-perish, powoduje, że do nauki garnąć się będą mniej chętnie ludzie, którzy często na końcu okazują się najbardziej naukowo produktywni. Ja jestem w stanie pogodzic sie z tym, że połowa naukowców nie robi nic ważnego, a 90% nie robi nic doniosłego, jezeli to jest cena za to, aby pozostałym 10% pracowało sie komfortowo, wygodnie i produktywnie. A te pozostałe 10% nie będzie tego komfortu miało w systemie stałego nadzoru i administracyjnego wyliczania punkcików.

  • Pingback: W Polsce jest za dużo czasopism prawie naukowych | Warsztat badacza – Emanuel Kulczycki()

  • ZM

    Uproszczenia i jeszcze raz uproszczenia, gdyż patrzy Pan tylko przez swoje okulary. A świat jest bardziej złożony i podniecanie się tylko i wyłącznie liczbami jest błędem. Dla przykładu:
    Przypadek 1. Są projekty, zwłaszcza w naukach technicznych, ścisłych i przyrodniczych, gdzie prowadzenie badań jest obwarowane tajemnicą (badania na rzecz przemysłu, obronności kraju, itp.), do czego podpisuje się odpowiednie dokumenty. Czy wobec tego, tych naukowców, którzy biorą udział w tego typu badaniach należy wyrzucić, bo nie publikują?
    Przypadek 2. Przez Pana jest bardzo lekceważone obciążenie dydaktyczne, gdzie bardzo często liczba godzin w ciągu roku przekracza nawet 500. Jak wówczas ma wyglądać aktywność naukowa? A spotkałem się z przypadkami nawet 700 godzin dydaktycznych wyrabianych przez pracownika naukowo-dydaktycznego na tej samej uczelni państwowej i tym samym wydziale w ciągu roku (nauczyciel w szkole ok. 650 godzin). Co lepsze, jest tak w sporej części polskich uczelni. Pytanie, dlaczego? Odpowiedź bardzo prosta: neoliberalne podejście, które nakazuje zwiększanie wydajności i cięcie kosztów, gdzie się da.
    Przypadek 3. Nie każdemu jest dane pracować w zespole o wspaniałych osiągnięciach. Cześć naukowców ze względu na różny splot okoliczności musi budować zespoły od podstaw, łącznie z zapleczem laboratoryjnym. Taki zespół dopiero w przyszłości ma szansę na dobre osiągnięcia. A przecież trzeba minimum 2 lat w polskich warunkach, by stworzyć laboratorium na dobrym poziomie, gdzie część aparatury buduje się lub kupuje systemem gospodarczym. Należy do tego doliczyć następny rok lub więcej na badania i analizy danych. Na początku tego typu prace są wykonywane z małych pieniędzy, które przeznacza katedra, bo przecież dorobku nie ma, to nie ma grantu z NCN, tym bardziej międzynarodowych.
    Przypadek 4. Zmieniające się ciągle prawo spowodowało, że część pracowników nauki, zwłaszcza ci po 40-stce, którzy doznali różnych wymagań mają często słabszy dorobek. Należy wziąć pod uwagę, że były okresy totalnego niedofinansowania nauki w związku z transformacją ustrojową, a nie każdy miał szansę wyjazdu do zachodnich ośrodków naukowych.
    Tych przypadków można znaleźć i opisać znacznie więcej. Dlatego trochę refleksji zanim się coś napisze to, jak na naukowca by się przydało. Tym bardziej, że system punktowy za publikacje obowiązuje stosunkowo niedługo. Warto też pamiętać, że publikacje to nie jest jedyna forma aktywności naukowej, która zależy w dużej mierze od uprawianej dyscypliny i tematyki. Dlatego zanim kategorycznie zacznie się Pan wypowiadać w duchu krwawego neoliberalizmu warto się zastanowić, czy reformy nauki w Polsce nie warto zacząć od stworzenia wszystkim zbliżonych, na poziomie europejskim warunków pracy, a dopiero później się czepiać i rozliczać. Przy prezentowanym przez Pana podejściu, które niestety już zostało wdrożone w wielu jednostkach naukowych i naukowo-dydaktycznych, raz dwa to zarżniemy, to co jeszcze dobrze funkcjonuje. Uważam, że rozdzielanie pieniędzy tylko pomiędzy tych najlepszych wcale nie polepszy stanu nauki, wręcz doprowadzi do degeneracji i patologii. Z resztą już to mamy, w końcu po coś jest kategoryzacja jednostek, tyle, że nie jest to jeszcze w takiej formie, jak Pana propozycje.

    • Tomasz Kamiński

      Może mnie Pan oczywiście etykietkować jako „neoliberała”, ale moje intencje wyrażone w tym artykule są raczej proste – eliminacja z uniwersytetów pracowników całkowicie bezproduktywnych (naukowo i dydaktycznie). Oczywiście każdy przypadek trzeba rozpatrywać osobno i brać pod uwagę różne uwarunkowania (w tym te, o których Pan pisze). Skoro mnie Pan zachęca do refleksji, to ja Pana też zachęcę. Myślał Pan kiedyś o smutnym losie młodego doktora, z dobrym dorobkiem i pomysłami badawczymi, który nie może znaleźć pracy na uczelni, bo te miejsca pracy okupują Ci „bezproduktywni”? Ile jest takich jednostek z olbrzymią luką pokoleniową, które od lat nikogo nie zatrudniły? Upominanie się o młodych, to „neoliberalizm”? Zresztą może być – nie brzydzi mnie to słowo.

      • ZM

        Owszem myślałem, bo sam nim byłem. Jednak uważam, że problem leży zasadniczo w innym miejscu. To jest z jednej strony struktura feudalna uczelni, z drugiej ciągle zmieniające się prawo i wymagania i na to wszystko nakładająca się mizeria finansowa. Niestety problem jest taki, że badania naukowe wymagają bardzo dużych nakładów. Najlepiej, gdyby tego typu prace były finansowane przez przedsiębiorstwa, które posiadają bardzo duży kapitał, mogąc część przeznaczyć co najmniej w cyklu 3-letnim na badania i wdrożenia (z tym, że nie ma wtedy publikacji tych prac). W Polsce takich firm brakuje, zaś samo państwo polskie nie zapewnia odpowiednich środków, gdyż obecnie są to kwoty sytuują Polskę na samym końcu Europy. W pewien sposób finanse ratują fundusze europejskie, jednak one skończą się w roku 2020. Taka sytuacja musi negatywnie rzutować na poziom badań, a co za tym idzie i liczbę publikacji w wysoko punktowanych czasopismach oraz działać bardzo zniechęcająco na sporą część pracowników. Po prostu środków jest mało, stąd dostają zazwyczaj te ośrodki i grupy badawcze, które mają już ugruntowaną pozycję. Jednak i tu bym nie przesadzał, sprawdzałem ostatnio liczbę publikacji w wydawnictwie Elsevier i Polska wcale tu źle nie wygląda, plasując się za Włochami. Stąd dla mnie ważniejszym parametrem byłaby efektywność inwestowanych środków, tj. liczba publikacji do przyznanych funduszy.

        Należy jednak zauważyć, że wprowadzone wymagania odnośnie uzyskania tytułu dra hab. oraz system punktów, sprawiający, że zmieniły się algorytmy przyznawania funduszy na działalność statutową zmienia podejście wielu osób i zaczynają publikować w dobrych czasopismach (pod warunkiem, że coś mają do zaoferowania) i oczywiście pod warunkiem, że nie są tuż przed emeryturą.

        Inna sprawa, to w ogóle przyjęcia młodych pracowników na uczelnie, które są uzależnione często nie od miejsc zajmowanych przez starszych pracowników, ale od stanu finansów danego wydziału, katedry, a czasami również niestety sprawy pozamerytoryczne. Uważam, że problem zatrudniania młodych naukowców jest bardziej skomplikowany i powinno włączyć się w to aktywniej MNiSW. Z drugiej strony, jeżeli już zostaje zatrudniony młody człowiek, to na stanowisku asystenta i powszechnie wiadomo jakiej wielkości są wówczas pieniądze. Sytuację mogą tu ratować tylko wyłącznie granty, ewentualnie stypendia na wyjazdy zagraniczne, z czym jest różnie. Dlatego, żeby rozwiązać problem młodych naukowców należy zmienić znacznie więcej w systemie prawnym i ekonomicznym polskiej nauki. Należy też nie zapominać o ludziach w wieku 36+, którzy zaczynali w całkowicie innej sytuacji niż dzisiejsza, a brakuje możliwości w zakresie finansowania badań prowadzonych przez nich. Dziś oferta dla młodych naukowców jest znacznie szersza niż dla tych po 36 roku życia, którzy niestety musieli robić swoje doktoraty i zaczynać pracę w warunkach przejściowych, przy olbrzymich niedoborach finansowych, degradujących się laboratoriach, itp. To, że dziś są luki pokoleniowe w uniwersytetach, to nie jest wina uczelni, lecz wytworzonego systemu prawno-ekonomicznego uniemożliwiającego rozwój kadrowy, czego dziś widać skutki, w postaci niedoboru samodzielnych pracowników.
        Uważam jednak, że temat powinien być dyskutowany i powinny powstać konkluzje, które winny zrealizować się w postaci odpowiednich ustaw, rozporządzeń RM, itp. oraz zmianą finansowania nauki. Polska, by być państwem konkurencyjnym musi od zaraz przeznaczać co najmniej 1,5% PKB na badania naukowe i nie może to być tylko slogan w ustach sprytnych polityków, ale rzeczywista realizacja. Natomiast, gdy jest obecnie tyle pieniędzy co jest, to nie można się tu niczego spodziewać, co by skutkowało istotnym wzrostem jakości badań w Polsce.