Referendum jako (kabaretowa) zagrywka polityczna

Drukuj

Senat popełnił błąd godząc się na wymyślone z niedzieli na poniedziałek referendum zarządzone przez prezydenta Komorowskiego. Teraz ma szansę choć trochę naprawić swój błąd odrzucając obłędny pomysł kolejnego referendum, w którym znowu będziemy odpowiadać na pytania nie po to, żeby rozwiązać jakiś problem wagi państwowej, tylko po to żeby komuś pomóc wygrać wybory.

Zgodnie z polską konstytucją referendum można przeprowadzić przy problemach o „zasadniczym znaczeniu dla państwa”. Zgodnie ze zdrowym rozsądkiem należałoby jeszcze przyjąć, że ów „problem” referendalny musi być „powszechny” (tzn. dotyczyć ogółu społeczeństwa) oraz „realny”, czyli budzący duże kontrowersje polityczne, które uzasadniają rezygnację ze zwykłej, parlamentarnej ścieżki stanowienia prawa i odwołanie się do głosu obywateli. Możemy więc uznać, że problem musi spełniać konstytucyjne kryterium „istotności” oraz zdroworozsądkowe kryteria „powszechności” oraz „realności”. Innymi słowy, chodzi o to żeby nie zawracać obywatelom głowy w sprawach, które nie są najwyższej wagi, dotyczą tylko pewnych grup społecznych albo są dla wszystkich oczywiste.
Dodać należałoby jeszcze warunek czwarty: pytania muszą być zadane w sposób niebudzący wątpliwości, czyli tak, aby każdy głosujący wiedział za czym lub przeciwko czemu oddaje swój głos.
I do tej pory tak to działało, bo jedyne referendum, które się odbyło w czasie obowiązywania obecnej konstytucji, dotyczyło wejścia Polski do Unii Europejskiej i spełniało wszystkie te cztery kryteria. Sprawa była dla państwa zasadnicza, konsekwencje dotyczyły ogółu społeczeństwa, a konflikt polityczny realnie dzielił Polaków. Pytanie referendalne (Czy wyraża Pani / Pan zgodę na przystąpienie Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej?) też nie budziło wątpliwości, bo warunki akcesji były znane i każdy mógł się z nimi zapoznać.

Wydumane problemy
Podstawowy kłopot z dzisiejszymi referendami jest taki, że żaden z „problemów”, w sprawie których mamy odpowiadać nie spełnia opisanych wyżej kryteriów. Zacznijmy od najbardziej jaskrawych przykładów.
1. „Problem” prywatyzacji lasów jest kompletnie wydumany. Żadna siła polityczna w Polsce nigdy tego nie proponowała, a wręcz przeciwnie, wszyscy się od lat zarzekają, że tego nie chcą. Jedynym „dowodem”, że coś było na rzeczy jest amerykańska depesza dyplomatyczna z 2009 roku ujawniona przez Wikileaks, w której przytoczone zostały słowa ówczesnego marszałka Komorowskiego o sprzedaży nieruchomości i lasów.  Dodatkowo, PiS zbierając podpisy pod wnioskiem referendalnym przywoływał też ustawę z 2014 roku, na mocy której Lasy Państwowe oddają większą część zysków do budżetu. Naprawdę ciężko jednak wykazać jej związek z chęcią sprzedaży lasów. Prawie tak samo ciężko jak znaleźć „trzech, którzy przeżyli zamach Smoleński”, których widział poseł Antoni Macierewicz. Problem nie jest więc „realny”, a pytanie referendalne o prywatyzację lasów jest bezzasadne.
2. „Problem” rozstrzygania wątpliwości co do wykładni przepisów prawa podatkowego na korzyść podatnika, to już totalne nieporozumienie. Sprawa została „od ręki” załatwiona ustawą sejmową, zaraz potem jak trafiła na listę pytań referendalnych. Skoro problem przestał istnieć, to zachęcanie obywateli do głosowania w tej sprawie jest kpiną z nich.
3. „Problem” obowiązku szkolnego dla sześciolatków też budzi wątpliwości. Reforma jest już od dawna wprowadzona, objęcie edukacją szkolną sześciolatków jest dziś w Europie standardem aż w 22 krajach, a kwestia z pewnością nie spełnia kryterium „powszechności”. Zobaczmy, że sprawa sześciolatków dotyczy tak naprawdę bardzo wąskiej grupy osób, które mają dzieci w tym wieku. Trudno więc, żeby w tej kwestii wypowiadali się też bezdzietni, emeryci, czy rodzice starszych dzieci. Czemu mieli by zadawać sobie trud, żeby ją zgłębiać i wyrabiać sobie miarodajny osąd? Dodatkowo, jak przekonują badania zaprezentowane przez Rzeczpospolitą, aż 79 proc. rodziców, którzy posłali do szkoły sześciolatka, zrobiłoby to jeszcze raz. Dowodzi to, że sprawa naprawdę dotyczy bardzo wąskiego grona osób. Co więcej, istniejące możliwości (opinia z poradni psychologiczno-pedagogicznej) odroczenia w uzasadnionych przypadkach momentu pójścia do szkoły, de facto rozwiązują problem tych dzieci, które z jakichś względów nie są do tego gotowe (sprawę znam z autopsji jako niedawny rodzic sześciolatka). Bardzo dużo rodziców z tej furtki korzysta, a w 2014 roku co piąty sześciolatek objęty obowiązkiem szkolnym zostawał z zerówce. Z całą pewnością więc ta kwestia nie powinna być rozstrzygana w referendum.

Problemy realne, ale pytania źle zadane
W przypadku JOWów i finansowania partii z budżetu mamy realny spór polityczny, problemy te więc nie są w żadnym razie wydumane. Kłopot w tym, że źle sformułowane pytania nie pomogą ich rozwiązać poprzez „głos obywateli”. Jak bowiem rozumieć pytanie „Czy jest Pani/Pan za wprowadzeniem jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) w wyborach do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej?”. Czy chodzi o to żeby wszystkie mandaty pochodziły z okręgów jednomandatowych, czy też jedynie część, tak jak w Niemczech? Co ma zrobić osoba, która nie chce pierwszej opcji, ale zgadza się na drugą? Jeśli zagłosuje na TAK, to potem mogą w jej imieniu wprowadzić system, którego ona zupełnie nie akceptuje.
Podobnie w kwestii „utrzymania dotychczasowego sposobu finansowania partii politycznych z budżetu państwa?”. Co ma zrobić obywatel, który jest za utrzymaniem finansowania z budżetu, ale na innych zasadach? Przecież jak zagłosuje „NIE”, to potem nikt mu nie uwierzy, że on tak naprawdę chciał jedynie modyfikacji obecnego systemu (np. wprowadzenia zakazu wydawania pieniędzy na zaśmiecające ulice plakaty i większej kontroli wydatków), a nie skazania partii na szukanie biznesowych sponsorów.
W obu powyższych przypadkach zachodzi też problem „istotności” owych zagadnień. Jeśli to obywatele mieliby decydować o tak technicznych sprawach, których zrozumienie wymaga dużej wiedzy specjalistycznej, to po co nam, do cholery, parlamentarzyści. Po co Ci nasi przedstawiciele biorą diety, bezkarnie mogą jeździć „po kielichu” i latają sobie samochodami/jeżdżą sobie samolotami (trzeba by posła Hofmana zapytać, która wersja poprawna)  do Madrytu? Po co oni są, skoro chcą się nami wyręczać w sprawach, których nawet nie spróbowali uczciwie przedyskutować we własnym gronie w Sejmie?

Pytanie o emerytury
Chyba najlepiej wszystkie kryteria sensownego problemu referendalnego spełnia pytanie o kwestię emerytur. Sprawa podniesienia wieku emerytalnego dotyczy niemal wszystkich (powszechność), oraz budzi emocje polityczne i społeczne (realność), jest też bez wątpienia ważna – dla państwa i dla obywateli (istotność). Dyskusyjna jest jednak możliwość zamknięcia w jednym pytaniu wszystkich możliwych sposobów rozwiązania skomplikowanych emerytalnych dylematów.
Niemal wszyscy, nawet prezydent Duda ostatnio to przyznał, zgadzają się, że nie wchodzi w grę prosty powrót do dawnego systemu – z przyczyn demograficznych, finansowych i konstytucyjnych. Można natomiast dyskutować nad wieloma kompromisowymi rozwiązaniami np. uzależniającymi emeryturę od stażu pracy. Żeby jednak dyskutować o nich na poważnie, trzeba przedstawić stojące za nimi wyliczenia. Na razie padają różne propozycje, polityczne obietnice, ale konkretnych danych nie ma. Jak więc można robić referendum w tej sprawie? Za czym tu głosować?

Prezydenci psują państwo
Prezydent Komorowski zarządzając referendum złamał dobry obyczaj nienadużywania instytucji demokracji bezpośredniej. Referendum Andrzeja Dudy jest już tylko prostą konsekwencją decyzji PO o politycznym wykorzystaniu instytucji „odwołania się do głosu obywateli”. Krytykę decyzji obecnego prezydenta z ust polityków Platformy można więc uznać za śmieszną „moralność Kalego”.

Zostaje jeszcze pytanie dlaczego ta farsa referendalna jest nam serwowana? W przypadku prezydenta Komorowskiego odpowiedź jest prosta: jeszcze jedna fatalna decyzja, w fatalnie prowadzonej kampanii wyborczej. W przypadku prezydenta Dudy też jest łatwo: referendum połączone z wyborami jest na rękę PiSowi, który będzie mógł straszyć „wyprzedażą lasów”, „pracą do śmierci” i „nieszczęściem polskich dzieci”. Ustawienie w ten sposób kampanii parlamentarnej z pewnością poprawi wyborczy wynik tej partii.
Przykro tylko, że osoby sprawujące najwyższą funkcję w państwie, tak chętnie podkreślające, że są „strażnikami konstytucji”, nie potrafiły ustrzec instytucji referendum przed ośmieszeniem i dewaluacją jego znaczenia. Jedyna nadzieja, że zdominowany przez PO Senat, choćby motywowany wyłącznie interesem koalicji rządzącej, odrzuci propozycje prezydenta Dudy i przymknie (bo zamknąć się pewnie już nie da) tę „puszkę Pandory”, z której ulotnił się referendalny obłęd. Panie i Panowie Senatorowie, przerwijcie ten kabaret i ratujcie resztki powagi instytucji politycznych Rzeczpospolitej. Jeśli tego nie zrobicie, to skompromitujecie się totalnie na koniec kadencji.

P.S. Pan Prezydent Andrzej Duda obiecywał nie być obrońcą interesów jednej partii tylko całego państwa. Fool me once…

Czytaj również
  • Jedrekn

    Ad. PS. Obiecanki cacanki……
    Kto w nie wierzy ten kiep.