Z czego cieszy się Putin patrząc na Europę

Drukuj

Rosja oficjalnie solidaryzuje się z zaatakowaną przez terrorystów Francją i deklaruje pomoc. Tak naprawdę jednak zamachy terrorystyczne to kolejne wydarzenie, które może przyczynić się do osłabienia jedności Unii Europejskiej, co leży w interesie Moskwy. Polska klasa polityczna nie powinna o tym zapominać prowadząc politykę zagraniczną opartą o podważanie solidarności europejskiej, która ma pozwolić Polsce na „powstanie z kolan”.

Z punktu widzenia Moskwy przebieg wydarzeń w Europie w ostatnich miesiącach wygląda naprawdę dobrze. Unia Europejska przeżywa kolejny kryzys polityczny, który powoduje poważne napięcia w gronie państw członkowskich i w instytucjach unijnych. Niektórzy wpływowi rosyjscy komentatorzy polityczni wprost wieszczą „punkt zwrotny” w historii Europy. Co Rosję tak cieszy? Myślę, że można wskazać na co najmniej trzy rzeczy.

  1. Moskwę cieszy ostry konflikt w łonie państw członkowskich UE, dotyczący sposobu radzenia sobie z kryzysem migracyjnym. Niechęć krajów Europy Środkowej i Wschodniej do przyjęcia na siebie ciężaru integracji społecznej części napływających do Europy uchodźców spowodował ostre reakcje tych państw członkowskich, które liczą w tej sprawie na solidarność europejską. Brak woli współpracy ze strony Polski i innych krajów regionu najpewniej będzie skutkował osłabieniem chęci do zachowania solidarności Grecji, Włoch czy Niemiec w kwestii utrzymania sankcji nałożonych na Rosję. Dyskusja na ten temat w Unii zacznie się lada chwila, bo sankcje wygasają w styczniu 2016 roku. Konflikty wewnętrzne w UE zwiększają prawdopodobieństwo ich zniesienia.
  2. Szanse na zniesienie sankcji wzrosną też gdy Europa zdecyduje się na zwiększenie swojego politycznego i wojskowego zaangażowania w Syrii. Zamachy paryskie wywołały zrozumiały gniew i nawoływania do twardej reakcji, czyli interwencji zbrojnej na Bliskim Wschodzie, z udziałem wojsk lądowych, a nie tylko lotnictwa. Współpraca z Rosją, która już jest obecna militarnie w Syrii, byłaby w tej sytuacji naturalna, a może nawet i niezbędna. Da to Moskwie doskonałą możliwość gry dyplomatycznej z Europą, w której ma do wygrania uznanie aneksji Krymu i Donbasu – jeśli nie de iure to chociażby de facto.
  3. Moskwę musi też cieszyć wzrost poparcia dla antyeuropejskich ruchów nacjonalistycznych w Europie. Histeria wywołana napływem uchodźców, została jeszcze dodatkowo podgrzana przez zamachy terrorystyczne przeprowadzone przez fundamentalistów islamskich. To woda na młyn liderów skrajnej prawicy, którzy mogą liczyć na rosnące poparcie społeczne w niemal wszystkich krajach europejskich. Moskwa od dawna wspiera skrajne ruchy polityczne w Europie, o czym pisał kiedyś obszernie w czasopiśmie Foreign Affairs Mitchell Orenstein, które odwzajemniają się jej poparciem dla jej imperialnych ambicji. Co najważniejsze jednak, partie te destabilizują i osłabiają Europę, a w przyszłości, w przypadku większych sukcesów wyborczych, będą mogły ją faktycznie rozbić.

Oczywiście gra jeszcze nie jest zakończona i optymistyczne kalkulacje rosyjskie mogą się nie sprawdzić. Dotychczasowa historia integracji europejskiej wskazuje na to, że kryzysy są naturalną częścią tego procesu i raczej go przyspieszają niż spowalniają. Niedawno widzieliśmy to w przypadku kryzysu strefy euro, w czasie którego wieszczono rozpad Unii, a tak naprawdę jego efektem stało się zacieśnienie współpracy gospodarczej i rozkwit unijnego prawodawstwa w wielu obszarach. Potem rosyjska agresja na Ukrainę stała się impulsem do uzgodnienia wspólnego katalogu sankcji na Rosję, co wcześniej wydawało się absolutnie niemożliwe, nawet z punktu widzenia niepoprawnie optymistycznych euroentuzjastów. Istnieje więc spora szansa, że teraz też tak będzie i Europa miast się rozpaść znajdzie wspólne odpowiedzi na dzisiejsze problemy, wychodząc z nich wzmocniona.

To jednak wymaga również od władz polskich odpowiedzialnej i mądrej polityki. Tej odpowiedzialności jednak najwyraźniej zabrakło Konradowi Szymańskiemu, przyszłemu ministrowi ds. europejskich, który tuż po zamachach wypalił, że Polska zamierza wycofać się z uzgodnień w sprawie przyjęcia uchodźców. Przyszły minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski, w wywiadzie dla BBC przekonywał, że osoby przybywające do Europy z terytorium Turcji czy Libanu nie mają prawa starać się o status uchodźcy, bo „w tych krajach są bezpieczne”, a Polska już i tak wydała ponad poł miliona pozwoleń na pracę dla Ukraińców. Oba te twierdzenia Waszczykowskiego są zresztą nieprawdziwe, bo wspomniane kraje nie są na polskiej liście „bezpiecznych trzecich krajów pochodzenia” i nie możemy odmówić azylu osobom z nich przybywającym, a liczba pół miliona odnosi się do liczby wydanych Ukraińcom wiz, a nie pozwoleń na pracę (tych wydajemy im rocznie około 25 tysięcy).

Powyższe wypowiedzi odbiły się szerokim echem w opiniotwórczej prasie międzynarodowej (napisał o tym np. Financial Times) gdyż kompletnie rozmijały się z głosami innych przywódców europejskich, którzy podkreślali obowiązek solidarności europejskiej w tym trudnym momencie. Co gorsza wzmocnił stereotypowy obraz polskiej prawicy, która zamiast poglądów ma uprzedzenia. Wyobrażam sobie jak musi to cieszyć Rosję. Jeśli brać pierwsze wypowiedzi nowych polskich ministrów za zapowiedź kierunku polskiej polityki zagranicznej, to nie waham się powiedzieć, że mimowolnie szykują nam najbardziej prorosyjską politykę od lat. Nawet jeśli podlana ona będzie ostrą antyrosyjską retoryką i działaniami wyzwalającymi nas z „kondominium niemiecko-rosyjskiego” i „podnoszącymi Rzeczpospolitą z kolan”. Rosja nie gra z Polską, tylko z Europą więc temperatura relacji z naszym krajem mało ją interesuje.

Powtórzmy: dla Rosji osłabianie Europy jest dobre, a jedność europejska jest zła. Wszystko więc to co osłabia politycznie Unię Europejską i Zachód cieszy władców Kremla, a to co Unię wzmacnia jest dla nich niekorzystne. Gdybym więc był podpułkownikiem KGB w fotelu prezydenta Rosji to bym teraz, patrząc na relacje z paryskich zamachów, pomysły interwencji zbrojnej w Syrii oraz antyeuropejską retorykę nowego polskiego rządu, zacierał ręce i mówił do ministra Ławrowa: „No Siergieju Wiktorowiczu, lepiej to my tego nie moglibyśmy wymyślić”.

Czytaj również